Listopad. Romans histeryczny
Wybacz, że moje słowa są tak rozedrgane, litery krzywe, jakby kto inny je kreślił; nic na to nie poradzę. Elegancja naszej korespondencji tonie w tutejszym błocie. Dżdży od paru dni i powóz ledwo telepie się po rozmokniętym trakcie. Na kolanach trzymam skrzynkę, którą dostałem od ciebie przy pożegnaniu: polerowane szkła, pryzmaty, lustra. Boję się, że zawartość popęka i nie przywiozę farmakonu, o który prosiłeś. Wysłałeś mnie na ryzykowną misję. Posuwam się w głąb.
Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Podział majątku przez umierającego ojca, zaręczyny nad grobem, choroba króla, na którą poszukuje się cudownego leku – te baśniowe i melodramatyczne motywy pochodzą z Listopada – zapomnianej powieści Henryka Rzewuskiego powstałej w latach 1845-46, opatrzonej podtytułem romans historyczny z drugiej połowy XVIII wieku. W spektaklu funkcjonują jako elementy alegorycznego porządku, bliskiego oświeceniowej bajce dydaktycznej.
Henryk Rzewuski był postacią głęboko sprzeczną, a jego biografia stanowi istotny kontekst dla lektury Listopada. Zaczynał od fascynacji wolnomularstwem, ideą braterstwa ponad podziałami i duchowego doskonalenia; w kręgu Mickiewicza zetknął się z mesjanizmem oraz jego ezoterycznym zapleczem – kabałą, hermetyzmem, alchemią. Po powrocie na Wołyń przeszedł jednak radykalny zwrot ku konserwatywnemu katolicyzmowi, odrzucił projekt nowoczesności i wszelkie reformy, stając się autorem budzącym skrajne emocje – od entuzjazmu po oskarżenia o ideologiczne szaleństwo i zdradę. Listopad nie jest więc wyłącznie powieścią polityczną, lecz także zapisem wewnętrznego rozdarcia autora, próbą narzucenia porządku światu, który wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom.
W samej powieści konflikt zostaje rozpisany na niemal modelową opozycję. Akcja toczy się w czasach Stanisława Augusta, konfederacji barskiej i porwania króla, a „wojna polsko-polska” zostaje przedstawiona jako starcie dwóch cywilizacji: tradycjonalistycznego świata szlacheckiego skupionego wokół Radziwiłła oraz dworu królewskiego utożsamianego z oświeceniową modernizacją. Oś fabularna ma charakter celowo symetryczny. Dwaj bracia Strawińscy – rozdzieleni w dzieciństwie i wychowani w skrajnie różnych porządkach kulturowych – stają po przeciwnych stronach sporu, a jednocześnie zakochują się w tej samej kobiecie. Melodramatyczna konstrukcja prowadzi do katastroficznego finału, w którym nie ma zwycięzców ani prostych rozstrzygnięć.
Gnieźnieńska inscenizacja nie rekonstruuje jednak tej historii jako spektaklu politycznego. Twórcy przepisują „dwubiegunowość” powieści na język afektu. To, co u Rzewuskiego funkcjonuje jako konflikt stronnictw, idei i racji historycznych, na scenie zostaje przeniesione do wnętrza postaci. Jednostka, uwikłana jednocześnie w porządek tradycji – oparty na religii, rytuale i dogmacie – oraz w nowoczesną wizję świata ufundowaną na rozumie, umowie społecznej i idei postępu, nie potrafi dokonać jednoznacznego wyboru.
Niemożność integracji tych sprzecznych porządków eksploduje na scenie w postaci skrajnych stanów emocjonalnych. Histeria, odrętwienie, obsesja i paraliż stają się jedyną możliwą odpowiedzią na widma Tradycji i Historii. Paraliż państwa obecny w fabule Listopada został tu potraktowany nie jako problem stricte polityczny, lecz jako metafora rozpadu jednostki, miażdżonej przez wzajemnie wykluczające się sposoby rozumienia świata. Z tego przesunięcia wynika ironiczny podtytuł spektaklu: romans histeryczny.
Także język sceniczny konsekwentnie unika iluzji stabilnego świata. Obrazy są umowne i jawnie konstruowane: „przyroda” sklejona z teatralnych atrybutów, montowana i demontowana na oczach widzów, komentuje sarmacką dekoracyjność i jej sztuczność. Centralna konstrukcja scenograficzna – forma przywodząca na myśl wielkie oko, zaćmione słońce lub kosmiczną mgławicę – pozostaje celowo niejednoznaczna. Kurtyna pracuje jako narzędzie montażu percepcji: zasłania i odsłania, urywa obrazy, przesuwa akcenty, wprowadzając widza w stan niepewności. Niektóre sytuacje – potencjalnie najbardziej widowiskowe, jak uczta u Radziwiłła – zostają przesunięte w półwidoczną kulisę i istnieją bardziej jako dźwięk, strzępy rozmów i odległy rytm biesiady niż jako pełny obraz sceniczny. Inne – najbardziej intymne – są przeciwnie: wystawione na proscenium, tuż przed opuszczoną kurtyną, niemal bez możliwości schronienia się w „teatralnym dystansie”. Ten odwrócony porządek widzialności produkuje efekt oniryczny i transowy: spektakl celowo pracuje na utratę pewności, na zawieszenie w „żywym obrazie”, w którym wiemy, że chodzi o konflikt, lecz nie potrafimy już nazwać go bez popadania w cudze frazesy i gotowe klisze.
Powracające sceny traktują historię nie jako ciąg przyczyn i skutków, lecz jako symptom. Król nie jest tu wyłącznie figurą polityczną: jego choroba zostaje pokazana w obrazach balansujących na granicy operacji i szamańskiego rytuału. Z wnętrza ciała wydobywane są przedmioty – globus cruciger, Saturn – jakby państwowa „niestrawność” była objawem głębszego rozpadu porządku świata. Bracia, ojciec, Zosia, Radziwiłł i dwór pojawiają się jako elementy jednej maszynerii, ale maszynerii zacinającej się: nie dowozi znaczeń, gubi sens, zamienia ideologię w mgłę, a historię w stan lękowy.
Diagnozą twórców spektaklu jest więc szaleństwo – nie jako jednostkowa patologia, lecz jako efekt strukturalny. To świat o niepewnej ontologii, w którym nie da się już racjonalnie rozmawiać o polityce, religii, obowiązkach społecznych ani o własnym miejscu. Historia rozlewa się w afekt, w histerię, ideologia rozpuszcza się w kosmicznych mgławicach, a jakakolwiek kontrola nad biegiem wydarzeń okazuje się złudą.
W rezultacie Listopad nie proponuje prostego odczytania „o Polsce dziś”, choć materiał aż się do tego narzuca. Spektakl świadomie omija wygodne aktualizacje i pokazuje coś trudniejszego: jak przymus zajęcia stanowiska w świecie zredukowanym do dwóch obozów nie produkuje działania, lecz rozpad. Polityczna opozycja zostaje tu rozpuszczona w doświadczeniu psychofizycznym: w transie, letargu, histerii, melancholii.
Tytułowy listopad – miesiąc obumierania, świąt zmarłych i „chodzenia duchów” – przestaje być jedynie historycznym rekwizytem, a staje się temperaturą spektaklu: czasem, w którym porządek nie domyka się w decyzję, lecz osuwa się w mrok, mgłę i przymusowe, niekontrolowane reakcje.
W tej perspektywie Listopad nie rekonstruuje konfliktu politycznego XVIII wieku, lecz wykorzystuje historię jako materiał do myślenia o współczesnym kryzysie tożsamości – o życiu w permanentnym konflikcie wartości i o niemożności integracji sprzecznych narracji, które jednocześnie domagają się naszej lojalności. To właśnie to doświadczenie, bardziej niż historyczna fabuła, staje się pomostem między światem Rzewuskiego a teraźniejszością.

KRÓL: Potrafisz mi pomóc?
MEDYK: Będę łowił w tobie, jak w wodzie. Nie naruszając powierzchni.
Medyk rozstawia nad Królem pchli cyrk. Chowa się za parawanem. Po chwili wyjmuje coś z Króla.
KRÓL: Co to? Meteoryt?
MEDYK: Kamień kosmiczny.
KRÓL: Niemożliwe, aby takie kształty stworzyła natura.
Medyk wyciąga z Króla kulę i podaje ją Królowi.
KRÓL: Jabłko królewskie z utrąconym krzyżem. Globus cruciger bez krzyża, a więc globus.
MEDYK: To Saturn. Planeta, która pożarła własne dziecko.


Medyk wyciąga z Króla organ skrwawiony.
KRÓL: Aaaaaa! Co to jest?!
MEDYK: To twoja choroba. Ulokowała się w śledzionie.
KRÓL: Natychmiast włóż ją z powrotem!
MEDYK: Nie mogę. Umiem jedynie wydobywać rzeczy z ciała, a nie je w nim umieszczać.

Tomasz Węgorzewski
Magda Kupryjanowicz
Marta Kuliga
Dorota Nawrot
Katarzyna Borkowska
Teoniki Rożynek
Bogdan Ferenc
Maciej Hązła
Katarzyna Kalinowska
Wojciech Kalinowski
Maria Magdalena Kozłowska
Karol Kubasiewicz
Jan Niemczyk
Roland Nowak
Michalina Rodak
Martyna Rozwadowska
Iwona Sapa
Wojciech Siedlecki
Leszek Wojtaszak
Joanna Żurawska
Dawid Stube z archiwum Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie